7.2.12

Rozdział II


                                          
The Beatles-"Here comes the sun"
Polecam żeby uprzednio się nastroić!

Pisząc ten rozdział świętowałam swoje urodziny, ale także słuchałam opowieści Leny, mojej przyjaciółki o wrażeniach z obozu. Jej eskapady stały się po części główną inspiracją dla tego rozdziału...


-No to co, urocze zakochańce? Gorzko, gorzko?-zapytał Janek, kładąc Wiktorowi rękę na ramieniu. Obdarzył nas zachęcającym spojrzeniem, które sprawiło, że zarumieniłam się jeszcze bardziej. Chyba moje zażenowanie zaczęło się (wreszcie!) udzielać Wiktorowi, bo nie uśmiechał się już tak bezczelnie. Jego błysk w oku zmienił się na iskierki sama nie wiem czego. Pierwszy raz w życiu nie wystosował jakiejś celnej riposty tylko patrzył na mnie  tymi swoimi niebieskimi oczami. W końcu otrząsnął się, pokręcił głową, uśmiechając się pod nosem i objął mnie w pasie. Nie powiem żeby mi to przeszkadzało.
-Może kiedy indziej...-odparł przeczesując wzrokiem grupkę osób stojących przed nami. Wszystkich ich znałam, mniej lub bardziej, ale wiedziałam, że są wspaniali. Mimo tego, że na miastowej arenie zyskali, wspólnie z całą szkołą, miano bogatych snobów nie byli ani aroganccy, ani wredni. Zachowywali się sto razy bardziej kulturalnie niż normalni "prości" ludzie. Nie rzucali głupich komentarzy pod naszym adresem. Tylko stali, uśmiechali się, obserwowali, szeptali "powodzenia". Wątpię żeby to zachowanie było doskonałym przykładem "cichej wody, która brzegi rwie...". W tej chwili bardziej obawiałam się pani od fizyki, która właśnie zmierzała w naszą stronę, niż moich znajomych. Stukot wysokich szpilek odciągnął od nas uwagę. Wszystkie oczy zwróciły się w stronę wysokiej nauczycielki z szczerze niepokojącym uśmiechem na ustach.
-Racja, Wiktorze, kiedy indziej. Już mnie mdli od tych waszych czułości.- wyszeptała wchodząc pomiędzy nas, a grupkę uczniów. Obróciła w idealnie zadbanych dłoniach dziennik, przewertowała zebranych wzrokiem, a następnie nie spodziewanie wybuchła śmiechem. Zaskoczona, przytknęłam swoją wełnianą czapkę do ust i zaczęłam chichotać. Reszta osób patrzyła się na nas jak na wariatów. Doskonale ich rozumiałam, w końcu kto normalny śmieje się razem ze swoją nauczycielką od fizyki nie wiadomo z czego.
-No co się tak patrzycie? Za pięć minut jest dzwonek.-zakończyła tę niezręczną chwilę nauczycielka przybierając na powrót surowy ton.-Niech 2a lepiej uważa, nie dam się rozczulić!
-Spokojnie proszę panią, zakochani też podlegają prawom grawitacji!-roześmiał się Damian, jeden z przyjaciół z klasy Wiktora i podniósł swoją dziewczynę Kaśkę wysoko do góry. Wokół rozległy się chichoty, które skutecznie rozluźniły atmosferę i ponownie odwróciły od nas uwagę. Uczniowie zaczęli dyskusję z nauczycielką, która swobodnie zmieniała tematy co rusz żartując, rzucając zgryźliwe, ale celne uwagi i strasząc widmem kartkówki.                                          
-Co sądzisz o tym "kiedy indziej'?-zapytał Wiktor zaglądając mi głęboko w oczy. Nigdy nie spodziewałam się, że będę tak wdzięczna pani od fizyki. To właśnie dzięki niej Wiktor patrzył na mnie teraz z czułością jaką patrzy na mnie moja mama, kiedy przynoszę do domu 5 z biologi. Uwierzcie romantyczniejszego momentu od tego w szatni pełnej uczniów żartujących z nauczycielką jeszcze nie przeżyłam. Chyba kocham tego chłopaka, jego rozczochrane blond włosy, łobuzerskie błękitne oczy. Matko, od tego kochania zaczęły mi łzawić oczy.
-Czemu płaczesz? Chyba powiedziałam coś źle. Przepraszam.-wyszeptał spanikowany. Uśmiechnęłam się, kiedy tylko zielono, niebiesko czarna kratka jego kurtki dotknęła mojej twarzy."O jejku, chyba mu na mnie zależy..."-pomyślałam, kiedy otarł rękawem swojej kurtki łzy spływające mi po policzkach.                            
-Nie. Tym razem ty nie przepraszaj...-powiedziałam stanowczo.-Po prostu mnie przytul!                        
Tymi kilkoma słowami wywołałam na twarzy Wiktora gigantyczny, olśniewający uśmiech. Nie dał się długo prosić. Od razu chwycił mnie w ramiona i uniósł do góry.                            
-No to co Czarnutka? Co powiesz na "kiedy indziej" w sobotę?-zapytał cmokając mnie w czoło. Matko jaka ja byłam szczęśliwa!!!      
-Obiecujesz?-zapytałam puszczając do niego oko. Zachichotał w swój czarujący sposób postawił mnie na ziemi i odparł równo z dzwonkiem:
-Jeśli tylko mi nie uciekniesz lub nikt cię nie porwie, to oczywiście. Jestem do twojej dyspozycji, moja Julio...

3 komentarze:

  1. Niezłe... A nawet bardzo dobre. Nawet bardziej niż bardzo... Podoba mi się. Piszesz fajnym językiem. I piosenka, też świetna ;D. Też piszę opowiadania. Co prawda nie tak ambitne jak twoje... Dzisiaj wrzuciłam pierwsze, jak masz czas to zapraszam.
    http://ostatecznagranica.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkiem podobają mi się początki twojej twórczości ;) Osobiście zmieniłabym tylko szablon bo kuje w oczy. Dzięki, pozdrawiam! ;)

      Usuń
  2. Super. Trafiłam tu przez przypadek i chyba zostanę na dłużej. Mam nadzieję, że wena Cię nie opuści i dalej będziesz umieszczała tutaj bardzo ciekawe rozdziały. Czekam na więcej:)

    OdpowiedzUsuń