O autorce

Oto ja w całej, 169 centymetrowej okazałości, zmierzonej miesiąc temu przez pielęgniarkę szkolną w ramach bilansu. Zostałam ochrzczona Julią przez księdza, a Dżul przez przyjaciółki. Niby żadnej różnicy, ale szpan angielską wymową jest. Nic poza tym jeśli chodzi o moje imię. Konkretne, zwięzłe, noszone przez pół świata. Nie żebym marudziła, ale od czasu, kiedy moja przyjaciółka z lat przedszkolnych kupiła sobie taką samą bluzkę z Kubusiem Puchatkiem mam fioła na punkcie oryginalności. Mimo tego zdarza mi się czasami płynąć pod prąd. Tak jak mnóstwo ludzi chciałabym pojechać do Londynu (w ramach podwyższenia sobie samooceny: w Londynie byłam już dwa razy, ale w latach dziecięcej beztroski, kiedy człowiek nie zwracał uwagi na to, że jest w tak wspaniałym mieście, ani na to, że ma na sobie przerażające dżinsowe wdzianko...), oglądam "Pamiętniki wampirów", noszę conversy, czytam dużo książek. Mimo, że robię takie same rzeczy co moi rówieśnicy czasami czuję się inna. Nie mylcie tego słowa z pojęciem odrzucona, bo to mija się z celem. Mam świetne przyjaciółki, z którymi się wygłupiam, kiedy tylko mogę, klasę, która doprowadza mnie do niekontrolowanych ataków śmiechu. Czasami jednak wolę od tego odpocząć, pomyśleć, pomarzyć, potworzyć. Wyciągnąć szkicownik, zakurzoną książkę od sztuki i zamknąć się w pokoju. Siłami wyobraźni przekraczać granicę pomiędzy tym co dookoła, a tym co w moim umyśle. Kocham to. Uwielbiam tak samo jak wiosenne powroty ze szkoły, kiedy nie muszę się spieszyć, szum wzburzonego, ciemnego Bałtyku, moją tapetę z The Beatles, zapach limonkowo-cytrynowej pomadki do ust. Jestem człowiekiem, potrafię czuć i w pełni to wykorzystuję. Taka już jestem...
PS. Strasznie poważne zdjęcie, nieprawdaż? W dodatku z tą cygaretką zrobioną z bibuły i patyczka po szaszłyku ;)